Moja książka wydana online:

www.rewolucyjne.info

Józek

Mroczny strych. W powietrzu, oprócz kurzu wyczuwalny był zapach trupiej stęchlizny. Dziwne, bo Józek jeszcze żył.

Wchodząc do wewnątrz od razu uderzył mnie ten charakterystyczny dla przyszpitalnych kostnic odór. Początkowo nic nie widziałem, lecz już po chwili rzucił mi się w oczy cień migoczącej liny. Na zewnątrz był całkiem ładny dzionek, lecz niewiele promieni wiosennego , ciepłego słoneczka docierało do tego ponurego wnętrza. Nim zobaczyłem to, czego się domyślałem, że zobaczę, zadziwiło mnie jeszcze jedno dziwne zjawisko. Światło, które dochodziło zza ścianki działowej nie było światłem, jakie się spotyka na starych, od wieków nie sprzątanych strychach.

JozekSprawiało to wrażenie, jakby ktoś otwierał i zamykał okno, a przecież wiedziałem, że nikogo tam nie ma. Pogoda była dziś bezwietrzna. Już od progu pytałem czy jest tu ktokolwiek. Nie usłyszałem żadnego szmeru, a mój wyczulony słuch nie zarejestrował żadnego nawet dźwięku, oprócz echa mych słów. Po prawej stronie od masywnych, drewnianych drzwi mnóstwo starych mebli, popakowanych w folię ubrań, kilka tekturowych pudeł, pokrytych przynajmniej centymetrową warstwą kurzu, tworzyło dość ciekawe, choć typowe dla strychu wypełnienie wnętrza. Niski strop, podparty grubymi dębowymi żerdziami stopniowo się podnosił, by, już w drugim pomieszczeniu sięgnąć wysokości dorosłego mężczyzny wzrostu dwóch metrów.

Drzwi idealnie przylgnęły do gołej, ceglanej ściany, wpasowując wewnętrzną klamkę w wybitą w cegle dziurę. Na owej ścianie pozawieszane były niezliczone wręcz ilośći staromodnych ubrań, których nikt by już dzisiaj na siebie nie założył. Okno, z którego dochodziło migoczące, mdłe, prytłumione światło, tworzyło na różnokolorowych, zeżartych przez mole ciuchach, przerażające wprost wzory.

Przestępując próg tego mrocznego strychu zamarłem w bezruchu, w pierwszej chwili myśląc, że ktoś czai się ukryty za przysadzistym wieszakiem, stojącym po środku ceglanej ściany cieni. Jak się później okazało, nikogo za wieszakiem nie było, lecz przekonanie się o tym wymagało jeszcze kilku kroków niepewności...

Ktoś jednak był między oknem, a wieszakiem i to właśnie ten ktoś był twórcą tajemniczych świetlnych refleksów. Naprzeciw okna wisiał trup.

 

JozekAlbert przebudził się wypoczęty jak nigdy dotąd. Weekend u znajomych nad jeziorem bardzo dobrze mu zrobił. Od dłuższego czasu żona mu mówiła, że przez jego poświęcenie dla pracy i szefa, nabawi się nerwowego rozstroju. Sama też nie najlepiej znosiła jego późne powroty do domu. Czuła się samotna, ale wiedziała, że projekt, który był właśnie realizowany, był dla jej męża sprawą nie tylko finansów, ale też ambicji i prestiżu.

Właśnie takie dni jak ostatnia sobota dawały jej wiarę, że za sześć miesięcy przeniosą się do nowego domu, który budują za miastem. Wiedziała, że wtedy ich życie zacznie się na nowo układać, jak przez pierwszy rok ich małżeństwa.

Dzisiaj jednak nic mu nie powiedziała, tylko przyniosła do łóżka kanapki ze świeżych, chrupiących bułeczek, posmarowane jego ulubionym słonym holenderskim masłem. Do kanapek była niezwykle orzeźwiająco prezentująca się kawa z najprawdziwszą bitą śmietaną.

- "Coś ona dzisiaj podejrzanie milutka" - pomyślał Al - "Ciekawe co znowu wymyśliła bym jutro nie został dłużej w biurze?".

Popełnił poważny myślowy błąd. Wcale nie był Albertem. To mu się tylko wydawało. Chrupiące bułeczki okazały się starym, czerstwym chlebem, a holenderskie słone, ulubione masło okazało się zjełczałym śmietankowym.

Nigdy nie doczekał się swej pięknej, wrażliwej, aczkolwiek nieco upierdliwej w swej niewinnej cudowności, połowicy. To on wisiał na strychu...

Komentarze

Napisz odpowiedź



(Twój email nie będzie publicznie wyświetlany.)



SKĄD TO SIĘ WZIĘŁO?

Ano z moich notatek... Jak znalazłem to opowiadanie, to sobie przypomniałem jak zaplanowałem zostać znanym pisarzem... To miał być początek powieści, którą wtedy chciałem napisać, tyle, że nie chciało mi się jej kończyć, więc kończy się tak jak się kończy :]